niedziela, 9 kwietnia 2017

O tym jak prawie oszalałam

Pewnego dnia, moje usłane różami macierzyństwo legło w gruzach. Zostałam nimi głęboko przysypana i ... nie śpieszyło mi się do odkopania. Była tam cisza i spokój. Chciałam, by ta chwila jeszcze trwała.
Ale szybciej niż się tego spodziewałam, wrzaski i krzyki mojego dziecka odgruzowały matkę w mgnieniu oka.

Był taki czas u nas, gdzie funkcjonowanie w życiu, w społeczeństwie, zatrzymało się. W żaden sposób nie byłam w stanie tego przeskoczyć, przezwyciężyć, przeczekać. Czułam się jak więzień a mój syn to strażnik. Nie mogłam nic. Wszystko stało się niemożliwe. Byłam osaczona przez własne dwuletnie dziecko, które jak tylko dostrzegło, że będę wykonywać jakiekolwiek czynności nie związane z nim, zaczynał swoje dantejskie scenariusze. Nie mogłam wyjść do toalety, nie mogłam skorzystać z prysznica, nie mogłam przygotować obiadu...
Jak tylko coś zaczynałam, Kuba robił wszystko, żeby tylko skierować moją uwagę w kierunku swojej osoby.
I zaraz znikał z zasięgu mojego wzroku, by za chwilę matka na zawał zeszła, wchodząc do pokoju a on otwiera okno w mieszkaniu na trzecim piętrze. Rzuca talerzem, który rozbija się na milion kawałków, między którymi pies wodzi językiem, próbując odnaleźć w nich resztki jedzenia. Wspinaczki po meblach, skoki z łóżka, salta, wylewanie wody, herbaty, soku na łóżko, to było na porządku dziennym. Nie mówię już o niemożności zrobienia zakupów, wyjścia na spacer, jego ciągłe ucieczki, zrzucanie wszystkiego z półek...

To był koszmar!
Miałam dość bycia matką!

Moje poświęcenie, rodzicielstwo bliskości, przyniosło coś zupełnie przeciwnego aniżeli czytałam w książkach.
Chciałam być idealną matką, wychowałam nieidealne dziecko.

Dość! Już wystarczy!
Koniec dobroci!
Ja z sercem, on ze sztyletem.
Tak dłużej być nie może.
Byłam coraz bliżej załamania, coraz bliżej obłędu.
Zwariuję, myślałam.

Ale prawdziwy horror dopiero miał się zacząć.
Tak wielkie zmiany w matce, nie mogły zwiastować niczego dobrego w głowie dwuletniego, zbuntowanego chłopca.

Od godziny 6.00 rano do godzinny 24.00 nie słychać było nic, prócz darcia dziecka, histerii, nerwów i rzucania czym popadnie.
Trochę żal było mi sąsiadów, ale nie mogłam już ustąpić. Trochę bałam się wizyty z opieki społecznej, ale nie mogłam inaczej.
Konsekwencja stała się moim drugim imieniem, a stanowczość i brak litości były na pierwszym miejscu.

Udało się!!!

Po roku ciężkiej pracy, łez, bezsilności, chwil zwątpienia, poddania się i załamania, w końcu zwyciężyliśmy!
Konsekwencja, system nagradzania i kar, długie rozmowy, tłumaczenie bez końca, przyniosły wielkie zmiany i piękny efekt końcowy. 

Dziś, jestem szczęśliwa, jestem dumna, bo mam najwspanialszego synka na świecie !!!