niedziela, 11 września 2016

Nie dam się i ogarnę ten świat

Jeszcze dwa i pół roku temu, chwaliłam się wszystkim jakie macierzyństwo jest piękne, jak wspaniale jest budzić się rano i patrzeć w uśmiechnięte oczy dziecka. Wzruszać się na widok postępów w rozwoju. Cieszyć się z każdej jego nowej umiejętności. Jak cudownie jest obserwować jak się rozwija, jak z dnia na dzień staje się coraz bardziej samodzielny...

Dziś już się tak nie chwalę, już nie jestem matką z nieskończoną cierpliwością, od rana tryskającą dobrym humorem z uśmiechem od ucha do ucha na ustach.
Dziś jestem zmęczona. W moich oczach trudno dostrzec błysk radości. W zamian za to widać w nich potworny brak snu. Mam wrażenie, że cierpliwość dobiegła końca a siły wyczerpały swój limit.

Wszystko za sprawą mojego dziecka. Niesamodzielnego dziecka, które musi mieć mamusie blisko siebie cały czas.
Gdy tylko się podniosę zaczyna się istna histeria. Nawet śniadania nie mogę przygotować w ciszy.
Mam dość tego darcia, tego płaczu o nic od rana do nocy. Mam dziecko, które z niczego się nie cieszy, które wygląda na nieszczęśliwe a przecież ma tyle atrakcji w ciągu dnia. Rowerki, place zabaw, spacery, karmienie łabędzi, bajki, zabawek aż po sufit... nic go nie cieszy gdy nie ma mnie :(

Wcześniej sprzątałam i gotowałam obiad podczas jego drzemki w dzień, ale dziś on już nie sypia w południe, mało tego, wieczorem chodzi spać o 23.00. Po całym dniu z nim mam dość wszystkiego. Po 23.00 marzę tylko o śnie.
Mój dom zawsze lśniący i pachnący teraz jest nie do poznania od bałaganu. Podłoga już nie razi błyskiem, kurz pokryty meble zmatowił pokoje a łazienka to istny harmider. Nie sprzątam, bo nie chcę słyszeć już tych wrzasków. Pragnę ciszy i uśmiechu na buzi mojego dziecka.

A w tle słyszę nie radzi sobie, nic zaradności w niej nie ma...

Nie dam się!!!
Wstanę, podniosę się i ogarnę ten świat. Bo zaradność nie polega na porządku w domu. Czystość nie może być naszym wyznacznikiem szczęścia.
Muszę zmienić priorytety, zmienić siebie i zawalczyć o ponowny nasz uśmiech i radość z małych, codziennych rzeczy.
Po raz kolejny toczę walkę, walkę ze sobą, jedną z najtrudniejszych... bo przeciwnik zna moje słabości i wie jak się bronić...

Są tu mamusie z pociechami potrzebującymi stałego kontaktu z rodzicem?
Pochwalcie się jak sobie radzicie :)
I czy macie jeszcze cierpliwość?